6.12.2010 (poniedziałek) Koncert Rykardy Parasol

Info

Start: 20:00
Wstęp: 40 zł do kupienia w Ticketpro, 50 zł w dniu koncertu
Support: Lora Lie



 

Koncert promujący nową płytę Rykardy Parasol

"For Blood And Wine"

"Rock noir" lub "folk-noir" - tak w amerykańskich recenzjach określana jest często muzyka pani Parasol.

Porównania do PJ Harvey, Nicka Cave'a, Toma Waitsa, Johnny Casha (!) czy Black Heart Procession są uzasadnione jako naszkicowane strzałki, ale na drugim swoim albumie Rykarda pokazuje, że wypracowała swoje własne, rozpoznawalne brzmienie nie tylko dzięki charakterystycznemu, wspaniałemu, czasem zmysłowemu a czasem przyprawiającemu o dreszcze głosowi.

Przypomnijmy: Rykarda Parasol to amerykańska wokalistka i gitarzystka, córka szwedzkiej emigrantki i polskiego Żyda ocalałego z Holocaustu (jej imię pochodzi od imienia jej ojca - Ryszarda).

Rykarda pochodzi z San Francisco, studiowała śpiew operowy, jednak w 2003 roku założyła własny zespół, z którym nagrała pierwszą EPkę "Here She Comes". "Our Hearts First Meet" był pierwszym pełnowymiarowym albumem, wydanym w Europie w 2008 roku przez specjalizujący się w takich brzmieniach niemiecki label Glitterhouse.


 

 

 



 

Lora Lie

Lora Lie to powstały w 2009-ym roku zespół dwóch muzyków The Spouds założony wraz z dwiema utalentowanymi wokalistkami. Tworzą muzykę, której korzeni można szukać w dokonaniach wykonawców takich jak PJ Harvey, Coco Rosie, ale także artystów bluesowych. Skład jest świeżo po nagraniu debiutanckiej Epki "Rewind". http://www.myspace.com/lora.lie

nagrania do ściągnięcia w mp3: http://www.mediafire.com/?16lv5vb77cpdrdl
i w audio: http://wyslijto.pl/plik/175dyfprju
fanpage na fb: http://www.facebook.com/pages/Lora-Lie/166871833342230


Oda na cześć Rykardy Parasol,

czyli pokochajcie niszę

To będzie bardzo niszowy felieton, tak jak niszową artystką jest Rykarda Parasol. Będzie to zatem pochwała niszy i fundamentalne potępienie masowości, kultura masowa nigdy mi się nie podobała, a ostatnio nie podoba mi się jeszcze bardziej. Piszę go ponieważ niezwykle intensywnie słucham nowej płyty Rykardy Parasol „For Blood and Wine”, która dopiero co pojawiła się w Polsce, a ponieważ słucham ciągle jej nowej płyty, to i słucham ponownie jej poprzedniej, debiutanckiej, albowiem lubię słuchać kompleksowo, jak akurat mam intensywną fazę na jakiegoś artystę, to po prostu słucham wszystkiego co nagrał, w tym przypadku sprawa jest o tyle prosta, że Parasol nagrała tylko dwie płyty. Słucham maniakalnie i obsesyjnie, kończę słuchać i zaczynam od nowa, na razie zupełnie nie jestem w stanie przewidzieć kiedy słuchać przestanę. Rykarda Parasol występowała kilka dni temu w Katowicach, ja akurat musiałem być wtedy w Krakowie, jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nie chciałem być w Katowicach i tak bardzo nie być w Krakowie. No dobrze, ale kto to jest Rykarda Parasol, spytają Państwo przytomnie, i skąd ta nagła na jej punkcie obsesja? Otóż Rykarda Parasol jest amerykańską piosenkarką ze słonecznej Kalifornii, która śpiewa smutne piosenki, tak rozdzierające że powinny być pisane w jakimś nieustannie szarym i nieskończenie deszczowym mieście. Poza tym jest to piosenkarka w pewnym sensie polska, stąd jej imię i nazwisko oprócz tego, że brzmią dość dziwnie to przecież jednocześnie brzmią znajomo, to w połowie Polka, choć po polsku nie zna chyba słowa. Otóż ojcem Rykardy był polski Żyd, który po wojnie, jako dziecko jeszcze, znalazł się w Stanach, jak już trochę podrósł to poznał jakąś szwedzką emigrantkę, stąd się wzięła Rykarda, amerykańska pół-Polka, pół-Szwedka, dla uściślenia dodam, że ojciec Rykardy miał na imię Ryszard.

A skąd wiem, że nie zna ani słowa? Stąd, że oczywiście po wysłuchaniu płyty zacząłem szukać teledysków i koncertów w Internecie, i znalazłem fragment występu w krakowskiej „Alchemii” sprzed dwóch lat, wchodząc na scenę przywitała Parasol publiczność nie do końca jednak polskim powitaniem „Wilkommen”, nie jestem pewien czy jej ojciec zdążył córce powiedzieć, że wojna i okupacja w kraju jego pochodzenia się już skończyły, wydaje mi się, że jak ktoś jedzie grać i śpiewać do kraju przodków mógłby się nauczyć chociaż „witam”, albo „dobry wieczór”, przyznam że w tym momencie moja dla niej atencja mocna zapikowała, ale wkrótce jej to wybaczyłem, bo jestem w stanie Parasol dużo wybaczyć, powiedzmy sobie szczerze – są kobiety którym potrafimy wybaczyć naprawdę wiele.

Spróbuję więc nieco jej muzykę opisać, proszę sobie wyobrazić że jest to twórczość wywodząca się z tych samych źródeł co Nicka Cave’a i PJ Harvey, tak często leci Parasol Cave’em, że można nazwać ją Cave’em w spódnicy, choć wiem oczywiście jak koszmarnie to brzmi, ale proszę sobie przypomnieć płytę Cave’a „The Good Son” albo „Let Love In” i wyobrazić sobie że te piosenki śpiewa kobieta o głębokim, zmysłowym, łamiącym się trochę głosie. Można ją nazwać nową PJ Harvey, ale jeśli PJ Harvey słuchała Rykardy to musiała wpaść w panikę, otóż obecnie jestem na etapie bycia przekonanym, że Parasol bije na głowę Harvey, nokautuje ją tudzież zakłada nelsona, Parasol, proszę mi wierzyć, w tej chwili wysyła PJ Harvey na artystyczną emeryturę.

Zresztą nie tylko Cave’a i Harvey ja tu słyszę, czasami wydaje mi się, jakby to Marianne Faithful śpiewała, ma się rozumieć Marianne Faithful z ostatnich płyt, po przejściach i przepiciach, w obłędnym „Drinking Song” czasami zawodzi Parasol jak sama Siouxsie Sioux, piękne kobiety śpiewające o piciu zawsze robią na mnie wrażenie, jak Parasol śpiewa „Let’s all sing a song, a song while we drink” to natychmiast mam ochotę pobiec do wiadomego sklepu, jechać do Parasol gdziekolwiek ona jest i pić z nią oporowo.

Dzieło Parasol jest spójne i przemyślane, spójrzmy choćby na okładki, wspominam o tym, bo bardzo lubię ładne okładki płyt, jak płyta ma ładną okładkę to od razu bardziej mi się podoba. Okładki płyt Parasol, obie utrzymane w tej samej konwencji, ukazują kobiece postaci zamiast głów posiadające kwiaty, kojarzą mi się one od razu z obrazami Arcimboldo, który twarze na malowanych przez siebie portretach konstruował z warzyw, tyle że te portrety włoskiego mistrza były nieco, rzekłbym, odstręczające, kobiety z kwietnymi głowami na okładkach płyt Parasol są piękne i ujmujące, tak jak piękna i ujmująca jest jej muzyka. I Rykarda jest jak ten kwiat z okładki, ale kwiat mięsożerny, bo zjada słuchacza do ostatniej kości.

Z Parasol mam ten kłopot jedynie, że chciałbym aby wszyscy się o niej dowiedzieli i absolutnie wszyscy kupili jej płyty, a jednocześnie pragnąłbym ją zachować tylko dla siebie, w sumie to dość typowe rozterki fana, mamy to przecież też z książkami czy filmami, cieszymy się, gdy tłumy idą na nasz ukochany film, ale jednak wolelibyśmy być jedynym widzem na seansie.

Słucham zatem Rykardy Parasol, pogrążam się w fascynacji jej muzyką i pogrążam się też w rozpaczy, nie z powodu nawet mało wesołego charakteru tych piosenek, otóż ja rozpaczam nad upadkiem świata, w którym poprzebierana nie wiadomo w co jakaś GaGa jest bohaterką zbiorowej wyobraźni, że ktoś kto wyśpiewuje miazgę, pulpę i kaszanę jest w centrum uwagi świata, co więcej – miazgę, pulpę i kaszanę, która już kiedyś przez innych była przetrawiona i zwymiotowana. Naturalnie łatwiej jest przełknąć letnią miękką pulpę niż coś, co wymaga od nas uwagi i refleksji, ale problem zdaje się leży gdzie indziej. Problem chyba w tym, że współczesna kultura w sensie masowym jest kulturą odbieraną wyłącznie oczami, absorbowaną jedynie zmysłem wzroku, pozostałe zmysły prysły, stąd, jak informowały ostatnio w ekstazie media, teledyski jakiejś GaGi obejrzało w YouTube miliard ludzi. Gdy przeczytałem tę wiadomość sam oczywiście obejrzałem kilka, i owszem, są to spektakularne widowiska, są to teledyskowe dzieła za duże pieniądze, to są może nawet rzeczy które przejdą do historii sztuki teledyskowej, za którymi jednak nie stoi literalnie nic. No może inaczej: muzycznie i tekstowo stoi za tym Wielkie Nul, stoi doskonała artystyczna pustka, stoi nieskończona artystyczna nicość, dziś nicość jak widać jest w cenie, dziś na nicości zarabia się miliardy. Ale spróbujmy posłuchać tej jakiejś GaGi bez oglądania jej teledysków, posłuchać z zamkniętymi oczami. Cóż usłyszymy? Otóż usłyszymy jedynie mulącą melasę, muzyczny kit do okien, i zawstydzimy się, że w ogóle tego słuchamy. Muzyki słuchać należy z zamkniętymi oczami, wtedy tylko można oddzielić ziarno od plew, przykre w tym wszystkim jest to, że dziś chleb dla mas robi się nie z ziarna ale z plew właśnie i zdaje się, że ten posiłek większości bardzo smakuje.

Krzysztof Varga
felieton ukazał sie w Duzym Formacie, dodatku do Gazety Wyborczej

(c) 2009 Centralny Dom Qultury Materiały dla prasy
Podaj swój e-mail aby otrzymywać informacje o wydarzeniach:

Jestesmy rowniez na Twitterze: